Felieton: Futbol jest opium dla ludu

Felieton
SPORT24.PL
Heraklit z Efezu zapisał się na kartach historii autorską koncepcją wariabilizmu. Posługując się metaforą rzeki stwierdził, iż „panta rhei” – wszystko płynie, a więc jest zmienne, jedyne w swoim rodzaju, niepowtarzalne. Teza ta przeradza się w aksjomat i jest nad wyraz miarodajna w zetknięciu z zieloną, piłkarską murawą
Piłka nożna w swej pozornej prostocie jest na tyle filuterną i misternie utkaną rozrywką, iż w każdym momencie nabiera cech sui generis - jedynych w swoim rodzaju, swoistych, osobliwych. Laik poczułby zażenowanie i z oburzeniem na ustach powiedział: Jakże to tak! Ciągłe idem per idem, monotonia i sztampa – rozgrywki ligowe, puchary, co jakiś czas Mistrzostwa Świata, Europy tudzież Copa America – nihil novi sub sole. Ciągle to samo, kompletna nuda. Supozycja taka towarzyszy często osobnikom rodzaju żeńskiego, które w nieskrywanej wzgardzie mają poczynania „produkujących się” na boisku piłkarzy. Rodzi to liczne konflikty natury rodzinnej, kiedy to występuje zasadnicza dywergencja co do preferowanych form spędzania wolnego czasu pomiędzy mężem i żoną. Nie dramat ani tez thriller miał być tematem tegoż felietonu, dlatego nie będę kontynuował powyższego wątku. Fakt faktem, dla wielu osób futbol znajduje się w kręgu sacrum i parafrazując słowa Karola Marksa – jest opium dla ludu.
Dobiegła końca piłkarska saga pt. „ Euzebiusz Smolarek szuka klubu”. Ebi zacumował w porcie, gdzie można odnaleźć dość liczne ślady obecności plemiona Polan – słonecznej Helladzie. AO Kavala to ubogi krewny w porównaniu do poprzednich klubów Smolarka, który piłkarskie szlify zbierał w Feyenoordzie Rotterdam, by poprzez udane występy w Borussi Dortmund pogrążyć się w ligowym marazmie. W lidze hiszpańskiej, zdobywca Wiktora 2007 w kategorii „Najpopularniejszy sportowiec”, nie powalił na kolana piłkarskich ekspertów i trafił do zespołu Bolton Wanderers. W popularnych „kłusakach” Ebi nie nawiązał do chwalebnych kart Dywizjonu 303 i cierpiał na impotencje strzelecką połączoną z niemocą „załapania się” do pierwszej jedenastki. No tak, trener się uwziął! I pomyśleć, że w czasach gry w Rotterdamie nie ustępował talentem koledze z zespołu – Robinowi van Piersiemu…
Ryszard Komornicki „spalił” swoje drugie podejście do drużyny zabrzańskiego Górnika. Przeświadczony o swej omnipotencji trener pewnie już wkrótce wyleje żale na łamach prasy, piętnując brak profesjonalizmu i zaangażowania piłkarzy z ulicy Roosevelta. W końcu nabierał szlifów lidze szwajcarskiej, gdzie z sukcesami prowadził zespół FC Aarau. Rzeczywiście, może tam wszystko funkcjonowało jak w szwajcarskim zegarku i panował pruski dryl, ale u nas tak się nie da! Publiczne połajanki i stek pomyj wylewany na piłkarzy to nienajlepszy pomysł na budowanie relacji z podwładnymi. Niejaki Andrzej Lesiak próbował podobnie „motywować” piłkarzy Zagłębia Lubin. I zmotywował, tylko że swoich przełożonych, bo już wkrótce stracił posadę. Cóż, mądry Polak po szkodzie…A swoją drogą, klimat zabrzański jest wyjątkowo niezdrowy. Pieniądze są, kibice też, tylko wyników brak. Może to tak nienormalny stan jak na polskie warunki, że piłkarze sobie z tym nie radzą? A gdyby tak psychologa zatrudnić i wyjaśnić zawodnikom zaistniałe anomalia? Albo zaaranżować drobne retardacje wypłat? Polityka zaciskania pasa to taka nasza narodowa tradycja…
Marcin Bojarski żegna się z drużyna Piasta Gliwice. Nie byłoby w tym może żadnej sensacji, gdyby nie bezpośredni powód rozwiązania kontraktu. Otóż piłkarz sua sponte zrezygnował z apanaży, gdyż nie byłby w stanie wrócić do wysokiej formy po przebytej kontuzji. Albo jest to największe łgarstwo jakie kiedykolwiek słyszałem, albo altruizm w czystej postaci. Pewnie już wkrótce poznamy dalszy ciąg tej historii.
Javier Clemente w Lubinie! Takie to fantasmagorie miała przez pewien czas grupka sportowych dziennikarzy. Słynny hiszpański szkoleniowiec przymierzany był do posady szkoleniowca miedziowego klubu. Widać angaż w roli trenera Polonii Warszawa Jose Mari Bakero mocno pobudził wyobraźnię spragnionych wielkich gwiazd polskich paparazzich. Hola, hola – mości panowie! Jeden i drugi to Baskowie o podobnym wzroście, ale na tym się kończą podobieństwa pomiędzy nimi. Bakero na boisku był gwiazdą, ale jako trener może nosić piłki za Clemente. Fakt, że panowie się znają i darzą sympatią o niczym jeszcze nie świadczy. I wyszło jak zwykle, bo trenerem Zagłębia został Marek Bajor…A wracając do szkoleniowca Czarnych Koszul – chodzą słuchy, że w roli drugiego trenera ma zatrudnić swojego brata, Jona. Dlaczego nie? Swego czasu załatwił mu angaż w Barcelonie, więc posada drugiego trenera to normalna kolej rzeczy. Któż by śmiał zapytać o kompetencje? W końcu to typowo polskie – bardziej liczą się znajomości niż umiejętności! A Bakero rodzinę ma liczną. Manus manum lavat.
Po długich negocjacjach, w blasku fleszy podpisano kontrakt z nowym mesjaszem polskiej piłki – cesarzem Franciszkiem. Vive le Franz! Namaszczony przez prezesa PZPN-u Smuda, ma poprowadzić naszą „parszywą jedenastkę” do sukcesów w czasie Euro 2012. Pewna poczytna gazeta piłkarska pozwoliła sobie na analizę facjaty oraz pozawerbalnej sfery zachowań i gestów pana Franciszka, by na tej podstawie określić jego cechy przywódcze. Napomknę tu o moim skojarzeniu, zaczerpniętym z kart powieści Tadeusza Dołęgi-Mostowicza: rzymski nos! Tak, trener Smuda ma coś w sobie.
Tymczasem w piątkowe południe w siedzibie UEFA w szwajcarskim Nyonie rozlosowano pary 1/8 finału Ligi Mistrzów oraz Ligi Europejskiej. Szlagierowo zapowiadają się pojedynki Interu Mediolan z Chelsea Londyn - gdzie coś do udowodnienia Romanowi Abramowiczowi ma żądny skalpu Ligi Mistrzów Jose Mourinho - oraz Manchesteru United z AC Milan. Łaskawe, przynajmniej w teorii, było losowanie dla faworyta rozgrywek – FC Barcelony, która trafiła na pogrążony w kryzysie VFB Stuttgart. W Lidze Europejskiej ciekawie wygląda para Ajax –Juventus, które to drużyny w 1996 roku rywalizowały ze sobą w Rzymie w finale Ligi Mistrzów.
Zakończyły się klubowe mistrzostwa świata. Zgodnie z oczekiwaniami triumfowała drużyna FC Barcelony, która tym samym zdobyła w jednym sezonie wszystkie możliwe trofea: Mistrzostwo Ligi, Puchar Kraju, Puchar ligi Mistrzów, Superpuchar Europy oraz wspomniany Puchar dla najlepszej drużyny klubowej świata. W finale rywalem jedenastki z Katalonii była drużyna Estudiantes La Plata. Dość długo zanosiło się na niespodziankę, gdyż do 88 minuty to drużyna z Argentyny prowadziła w tym spotkaniu. Pomimo wielu dogodnych sytuacji piłkarze ze stadionu Camp Nou nie potrafili sforsować zasieków obronnych rywala. Dopiero bramka Pedro, ku rozpaczy komentującego to spotkanie Tomasza Wołka, dała remis piłkarzom z Barcelony. A w dogrywce gola zdobył oczywiście Leo Messi. Niewidoczny przez całe spotkanie, najlepszy piłkarz świata wg magazynu „France Football”, w doliczonym czasie gry po raz kolejny objawił światu swój geniusz, zapewniając Barcie victorię. Mocno niepocieszony po zawodach był Juan Sebastian Veron, największa gwiazda :studentów”. Nie udało mu się powtórzyć sukcesu swego ojca – Juana Ramona Verona – który w 1968 roku wywalczył w barwach Estudiantes Puchar Interkontynentalny, pokonując w finale Manchester United. Gloria Victis! Drużyna z Argentyny była w tym spotkaniu wielka, jednakże Barcelona to obecnie największy z wielkich.
W Premiership kolejnej nieoczekiwanej porażki doznali piłkarze Liverpoolu, ulegając „czerwonej latarni” ligi, drużynie Portsmouth 2:0. Piłkarze Manchesteru City pokonali zaś Sunderland 4:3 i w ramach zasług dostali nowego trenera w osobie Roberto Manciniego. Szejkowie tym samym podziękowali za usługi Markowi Hughesowi. Ktoś powie: gdzie tu logika? Gdy nie wiadomo o co chodzi, to oczywiście chodzi o pieniądze. Rafa Benitez trwa na posterunku, gdyż The Reds mają poważne problemy finansowe i właścicieli nie stać na wypłatę sowitej odprawy Hiszpanowi, którą ma zagwarantowaną w kontrakcie. Arabscy włodarze „The Citizen” na takie błahostki nie zwracają uwagi. Czekamy więc na listę życzeń Roberta Manciniego i kolejne zakupy.
Obchody 90-lecia PZPN i kolejny zjazd odeszły ad acta. Opozycja wobec Grzegorza Lato prężyła muskuły i zapowiadała zawziętą walkę o polską piłkę. Nastroje podgrzewała tez prasa, emocjonując się zapowiadaną próbą zdymisjonowania prezesa związku. I co się okazało? Chcieliśmy dobrze, a wyszło jak zwykle. Tyle mogą powiedzieć potencjalni uzdrowiciele naszego futbolu. Działacze skupieni wokół Grzegorza lato mocno usadowili się w okopach Trójcy Świętej i ani myślą ustąpić. Zresztą – o jakich realnych zmianach możemy mówić? Zwróćmy należytą atencję, czyimi rękami miałaby się dokonać? Odpowiedź jest prosta: ludzi tego samego pokroju, co obecny prezes. Wymachują szabelką tylko dlatego, że zostali wygnani z dworu Grzegorza I i nie wzięli udziału w podziale powyborczego tortu. To nie powiew świeżości, który tchnie nowego ducha w struktury. To dalej ta sama, zmurszała skorupa, która nijak nie chce się otworzyć skostniała w swej formie. Przychodzą mi na myśl słowa Aleksandra II, adekwatne do obecnej sytuacji: żadnych mrzonek, Panowie, żadnych mrzonek.
Autor: Waldemar Baranowski
Źródło: własne
Wyświetleń: 1405










Blipnij








