Futbolowa pomarańcza

Felieton
SPORT24.PL
Pamiętacie „Mechaniczną pomarańczę” w reżyserii Stanleya Kubricka? Adaptacja powieści Anthony Burgessa przedstawia futurystyczną wizję świata, epatującą przemocą i okrucieństwem. Moja, autorska wizja futbolowego roku 2010, traktowana z przymrużeniem oka, jest dużo bardziej optymistyczna. Ale nie uprzedzajmy faktów…
Styczeń 2010
Polska reprezentacja w Pucharze Narodów Afryki – pełnym egzaltacji tonem donosi na pierwszej stronie „Fakt”. Bezcenne okazały się afiliacje prezesa Grzegorza Laty. Otóż jeden z antenatów „Prezia „ wywodził się z Czarnego Lądu. Wódz plemienia w barterowej wymianie sprzedał go kolonialistom za paczkę markowego tytoniu. W ten oto sposób ,poprzez rodzinne koneksje, nasza dumna „kompanija” zastąpiła wykluczoną reprezentację Togo. Cesarz Franciszek w ekspresowym tempie rozesłał powołania. Premier Tusk, mimo pokaźnych rozmiarów dziury budżetowej, obiecał finansowe wsparcie przed karkołomną wyprawą. Futbolowa gorączka trwa. Zaczęło się malowanie kadrowiczów czarną farbą. Jacek Krzynówek przyznaje, że w nowej skórze czuje się poniekąd nienaturalnie, ale ku chwale ojczyzny wszystko! Niezwyciężona Armada wyrusza na afrykański kontynent. Polskie rodziny, po raz pierwszy w historii, w skupieniu podziwiają marsz Polaków do finałowej rozgrywki. W finalnym akcie piłkarskiego poematu, podopieczni Smudy stawią czoła zasiekom futbolistów z Gabonu. Prezydent Lech Kaczyński bije się w pierś i rakiem wycofuje z wypowiedzianych słów twierdząc, że wojna z Gabonem stała się faktem. Janusz Palikot grzmi z sejmowej trybuny, domagając się spermy i krwi na twarzach reprezentantów. Basuje mu Leszek Miller stwierdzeniem, iż prawdziwego mężczyznę poznaje się po tym, jak kończy. Jacek Kurski przebąkuje o dziadku z Afryki, ale nikt go nie słucha. Ze słonecznej Ibizy dociera głos Kazimierza Marcinkiewicza o „cieniasach” z Gabonu. Tadeusz Rydzyk peroruje o nieumytych Polakach. Jarosław Kaczyński dobitnie podkreśla, iż teraz to nikt mu nie wmówi, że białe jest białe, a czarne jest czarne. Lokalne angolskie gazety chwalą trenera naszej kadry za wywiady udzielane w miejscowym dialekcie, podczas gdy ten z całą stanowczością podkreśla, iż mówił czystą polszczyzną. Trwają przepychanki pomiędzy premierem a prezydentem o to, który poleci na finałowe spotkanie. Modus vivendi zostaje wypracowany i po zblatowaniu antagonistycznych ośrodków władzy jadą obaj. Mecz finałowy tuż tuż, emocje sięgają zenitu. Prezydent nerwowo obgryza paznokcie i w czasie odgrywania hymnu myli słowa jednej zwrotki. Premier nie wie, czy śpiewać, czeka na wyniki sondaży. Ostatni gwizdek Howarda Webba. Polska mistrzem Afryki, a sędzia bohaterem narodowym Polaków, gdyż nie uznaje trzech prawidłowo strzelonych goli przez piłkarzy z Gabonu. Jacek Krzynówek zwycięską bramkę zdobywa ręką, po której daje się słyszeć głęboki oddech dyrektora reprezentacji Jana Furtoka. Prezydent z premierem padają sobie w ramiona, po czym obaj konstatują, że to niepoprawne politycznie. Grzegorz Lato z emfazą na ustach wykrzykuje, iż wszyscy jesteśmy Murzynami, po czym zastanawia się nad znaczeniem wypowiedzianych słów. Po przylocie do Polski „Kaiser” Franciszek Smuda powtarza: „Kadra, to ja” i udaje się do pobliskiej kolektury. Piłkarze w „polskim” stylu świętują sukces. Później tłumaczą się cukrzycą i jedzeniem jabłek. Euforia narodowa trwa.
Luty 2010
Robert Lewandowski w Barcelonie – woła donośnym głosem hiszpański „Don Balon”. I nie są to li tylko i wyłącznie pobożne życzenia szacownego grona żurnalistów, a efekt talentu popartego rzetelną pracą popularnego „Lewego”, który wypłynął na fali sukcesu Lecha Poznań i reprezentacji. To najbardziej spektakularny transfer tego roku, opiewający na 30 mln euro. Ale jeden z wielu. Menadżerowie zachodnich klubów ustawiają się w kolejce po futbolistów z polskim rodowodem. Zastępy piłkarzy znad Wisły zasilają szeregi klubów La Liga i Premiership. Uznane, zagraniczne gwiazdy znajdują swą przystań w Ekstraklasie, która wyrasta na jedną z najsilniejszych lig w Europie. Sponsorzy walą drzwiami i oknami, prezesi liczą zyski, interes się kręci. Na politycznych salonach kolejny szczyt Unii Europejskiej. Stojący ramię w ramię prezydent i premier zawiązują pakt muszkieterów. Nie chodzi wszakże o kwestie energetyczne, a przyznanie Polsce „dzikiej” karty w Lidze Mistrzów i Lidze Europejskiej. Beneficjentami zostają drużyny Wisły i Legii. Kaczyński z Tuskiem robią popularnego„misia” i enuncjują powrót polityki miłości. Grzegorz Lato drapie się w głowę…
Marzec 2010
W kraju ruszyły rozgrywki ligowe. Na kanwie narodowego sukcesu nakręcono koniunkturę i na nowoczesnych obiektach widać korowody pokoleń, połączone nadrzędnym celem, czyli kibicowaniem jednej bądź drugiej drużynie. Brak śladów atawistycznych zachowań, wszelkie piłkarskie „bojówki” odeszły do lamusa. Miejsca w poszczególnych sektorach wskazuje uśmiechnięty Steward, który czuwa nad bezpieczeństwem przybyłych na stadion. Polska reprezentacja pnie się w międzynarodowych rankingach i oscyluje w granicach piętnastego miejsca. Rząd wyasygnował dodatkowe środki na szkolenie młodzieży, a PZPN czuwa nad prawidłowością procesu. Polscy trenerzy zdobywają ostrogi biorąc udział w międzynarodowych szkoleniach. Cieszą się coraz większą estymą, nie tylko z racji na liczbę opróżnianych butelek. Na świecie mówi się o narodzinach polskiej myśli szkoleniowej. Widać prezesa PZPN-u przemykającego w salonowych korytarzach, ze słownikiem języka angielskiego w dłoni. „To be or not to be” - słychać jakieś magiczne zaklęcia płynące z ust Grzegorza Laty. Nawet Franciszek Smuda patrząc na laptopa i słysząc wydobywające się z niego dźwięki, peroruje: „Are you talking to me”? Powiało zachodem…
Kwiecień 2010
Przełom w aferze korupcyjnej! Ryszard Forbrich urbi et orbi eksplikuje najjaśniejszą prawdę o niecnym procederze. Łamiącym, pełnym żalu i cierpienia głosem mówi o swej emotywnej sferze, która stała się asumptem jego życiowego upadku. W swym pełnym martyrologii wystąpieniu ujawnia osobę agenta Zdzicha, którego karesy wpędziły pana Ryśka w monomanię na punkcie pracownika CBA. Ów, z pełną premedytacją wykorzystał romantyczne usposobienie, wrażliwość i altruizm Ryszarda. To agent Zdzisio napędził koniunkturę na korupcję i był jej kołem zamachowym. Rysio zaś stanowił tylko malutki trybik w wielkiej machinie, w imię miłości gotów był do wielkich poświęceń. Gdy Zdzich pytał: „ustawisz”? Rysio widział tylko pełne kolorytu, ciepłe oczy Zdzisia i jego śmiejąca się, ogorzałą facjatę. Nie mógł mu odmówić…Po ujawnieniu tych faktów premier zarządził powołanie komisji ds. wyjaśnienia nadużyć w CBA oraz zażądał uwolnienia Rysia od wszelkich postawionych mu zarzutów. Wtórowała mu posłanka Joanna Senyszyn, widząc w Rysiu werterowskie cechy nieszczęśliwego kochanka. Z podobnym apelem zwrócił się Robert Biedroń. Uderzając w patetyczną nutę podniósł argument nietolerancji i homofobii. Wkrótce kolorowe pochody przemaszerowały ulicami miast, a w słuchawce Forbrich usłyszał ciepły głos Biedronia: "Na 90 proc. Rysiu załatwię". Strasburg locuta, causa finita.
Maj 2010
W majowe popołudnie telewizja TVN24 wprawia w nie lada konsternację. „Lato odchodzi”- czytamy informację na żółtym pasku. Początkowe przerażenie i stan przedzawałowy stopniowo przeradza się w euforię, gdy Tomasz Zubilewicz wyjaśnia, iż nie chodzi o kwestie pogodowe. Grzegorz Lato postanowił zrezygnować! Na ostatnim zjeździe prezes oraz rada gerontów zeszli z Areopagu i zajęli należne miejsce rentierów.. To samo uczynili poszczególni delegaci. Tylko Antoni Piechniczek z zafrapowaną miną kołysał się nad kominkiem. W swym wystąpieniu prezes wyjaśniał, iż jako działacz sportowy osiągnął wszystko i teraz czas na prezydenturę. Na sali co rusz słychać było salwy śmiechu. Grzesio podumał, podrapał się w łysinę i wziął to za dobrą monetę. W ten oto sposób ostatni relikt PRL-u runął w posadach. Odtąd notabli PZPN-u będziemy wybierać w demokratycznych wyborach. Prezydent ogłosił święto narodowe, więc rybka lubi pływać. A 1 maja z Józefa Robotnika przemianowano na Grzegorza Obłudnika.
Tymczasem polskie kluby zdominowały europejskie rozgrywki. Drużyna Wisły w finale Ligi Mistrzów zmierzy się z Realem Madryt, a ekipa „kolejorza” w rozgrywkach Ligi Europejskiej podejmie Hapoel Tel Awiw. Hiszpańscy dziennikarze są przerażeni i skrupulatnie wypytują trenera Skorżę o niejaką „Białą Gwiazdę”. Pan Maciej rezolutnie odpowiada, że i owszem, jest taka i na pewno nie chodzi o Juniora Diaza. W bramce Realu kontuzjowanego Ikera Casillasa zastąpi Jerzy Dudek. „Dudzio” figlarnie uśmiecha się do naszych napastników, niedwuznacznie mrugając okiem. Będzie dobrze! „Milicjanos” miażdżą drużynę „Galacticos”, a hat-trickiem popisuje się Paweł Brożek. Po meczu bohater spotkania udziela gazecie „As” szokującego wywiadu. Twierdzi, iż nie czuje się bohaterem, na sukces zapracowała cała drużyna, a poza tym chłopaki bardzo się cieszą z wygranej. Przewrót kopernikański stał się faktem. Eureka!
W innym finale poznańska lokomotywa rozjechała izraelski zespół 4:0. Trener Zieliński przyznał po meczu, iż z nerwów dostał wylewu krwi do palca. Światowy Kongres Żydowski inkryminował piłkarzy Lecha o antysemityzm i ksenofobię, ale kibice zaprzyjaźnionej Cracovii załagodzili konflikt. Polska Jagiellonów powraca – pisze na temat naszej futbolowej dominacji „Przegląd Sportowy”.
Czerwiec 2010
Mistrzostwa Świata w RPA odwołane! Znów wypłynęła kwestia parytetów. Brak konsensusu co do liczby białych i czarnych reprezentantów stał się asumptem wojny domowej w byłym dominium brytyjskim. W związku z tym dyplomacja polska podjęła starania organizacji turnieju finałowego w Polsce. Mamy wszak doskonałą infrastrukturę turystyczną i paraturystyczną, kilometry autostrad i dróg ekspresowych. Zakulisowe rozmowy nie trwały długo. Ponoć było „grubo”, ale cicho sza! Premier Donald Tusk tonem męża stanu rzucił: „Mistrzostwa o muerte”! Prezydent nie wetował, Jan Rokita zgłupiał, „Gazeta Wyborcza” podłapała zręczny bon mot i dalej jakoś poszło. Tylko Franciszek Smuda nerwowo przygryzł wargi. „Zwolnią mnie, wywalą na zbity pysk! Zobaczą, że ja ani be, ani me z tej piłki” – pomyślał. Zimny pot zrosił jego czoło. Raptownie metafora chybotliwego stołka stała się nad wyraz realna i Franz z wielkim hukiem runął z krzesełka. Na jego czole pojawił się ogromnych rozmiarów guz. Wtem, przez wydawałoby się nie skażoną logicznym myśleniem facjatę, przemknęła genialna myśl. -„Guss”! Tak, Smuda znalazł swojego Ignacego Prądzyńskiego. Dalej sprawy potoczyły się wartkim nurtem. Odżyła idea przyjaźni polsko-radzieckiej i doktryny Jelcyna-Kozyriewa o bliskiej granicy. Guss Hiddink został drugim trenerem naszej kadry, pełniąc jednocześnie obowiązki szkoleniowca „Sbornej”. Genialna taktyka połączona z talentem naszych kadrowiczów po raz kolejny przyniosła efekt. Polska w finale zmierzy się z Brazylią! Nasza „husaria” pręży muskuły i zapowiada kolejną Victorię. Pierwsza „część meczu” odbywa się przed spotkaniem, gdy polska „ekipa mocnych wrażeń” rozdaje „klapsy” turystom z Brazylii. Zaprawieni w strzelaninach mieszkańcy faweli nie sprostali znanej z wyszukanych ”zabawek” ekipie Cracovii, nie będącej sygnatariuszem Paktu Poznańskiego. Wspólne „grillowanie” kończy się w szpitalu na oddziale OIOM-u. Premier zapowiada powołanie komisji, która ma wyjaśnić sprawę. Zasiądą w niej „Misiek” i „Staruch”, co gwarantuje obiektywizm i rzetelne rozwiązanie problemu. Winni zostaną ukarani, a jeśli nie to i tak bez znaczenia. Tymczasem w stricte piłkarskim pojedynku do przerwy remis. Minister Spraw Zagranicznych Radek Sikorski nie wytrzymuje napięcia. Z wielkim hukiem wpada do szatni i nie znoszącym sprzeciwu tonem mówi o „dożynaniu watahy”. Niestety, polityka serwilizmu nie jest naszym grajkom znana i Artura Boruca w tzw. „Fergie time” pokonuje Ronaldo. Pokonuje po raz drugi, gdyż zmiażdżył psychicznie naszego bramkarza przed finałowym spotkaniem, zjadając w restauracji McDonald's sześć hamburgerów na oczach zrozpaczonego Artura. „To był cios w plecy”- powie później niepocieszony „Borubar”. Brazylia mistrzem, a w kraju zaczyna się domowe piekiełko. Następuje wywlekanie i publiczne pranie brudów oraz szukanie winnych. Stefan Niesiołowski jawnie oczernia piłkarza Celtiku. W jego stronę kieruje ostrze swej nienawiści, nazywając „pornogrubasem . Do politycznego dyskursu przyłącza się Ludwik Dorn twierdzeniem, że Niesiołowski „łże jak bura suka” i winni są wszyscy kadrowicze. Tym samym tonem operuje Jarosław Kaczyński, „subtelnie” dostrzegając analogię pomiędzy piłkarzami a ZOMO. Premier Tusk zleca powołanie kolejnej komisji wyjaśniającej przyczynę klęski Polaków. Janusz Palikot grozi naszym piłkarzom wibratorem, a Aleksander Kwaśniewski tłumaczy ich „chorobą filipińską” .
Winni piłkarze, a Smudę powiesili. Po szkoleniowca ustawiła się kolejka chętnych: Manchester, Barcelona, Real, Valencia, Arsenal… Wielce niepocieszony Franz wybiera propozycję Chelsea Londyn. Roman Abramowicz, trwając w swej piłkarskiej ignorancji, wesoło zaciera ręce. Tymczasem tekę pierwszego trenera obejmuje Guss Hiddink. Braterski sojusz z Moskwą trwa.
Lipiec – Sierpień 2010
Po selekcjonerskim przesileniu następuje okres „detente”. Kanikuły – czas wypoczynku, każdy myśli o urlopach, niewielu interesuje się ligową „skopaną”. W sejmie także panuje atmosfera spokoju i błogiego lenistwa. Nikt nie ekscytuje się kolejnym transferem polskich piłkarzy do Realu, Barcelony, czy też w odwrotną stronę do Wisły, Lecha tudzież Legii. Piłka w najwyższym wydaniu bardzo nam spowszedniała. Z wakacyjnego letargu budzi nas informacja, która lotem błyskawicy obiega cały piłkarski świat. Józef Wojciechowski – elita menadżerska piłkarskiego rynku - przejmuje Real Madryt! Potentat branży budowlanej wykupił udziały innego giganta tej sfery ludzkiej aktywności, Fiorentino Pereza, tym samym zajmując stołek prezesa madryckiego Realu. Od tej pory na gruncie hiszpańskim będzie zaszczepiał wzorce, których paradygmat stanowi polityka realizowana w stosunku do Polonii Warszawa. Wytrawny zmysł piłkarski i nos prezesa w obsadzaniu trenerów oraz wieloletnie doświadczenie w branży futbolowej, zapewnią Realowi długotrwałą hegemonię w rozgrywkach La Liga, a także europejskich pucharach. Teraz Polska! W nowych realiach hasło nabiera nowego znaczenia. Kibice Barcelony, ze złośliwym uśmieszkiem w kącikach ust, zacierają ręce… Zbudujemy nowy dom!
Wrzesień 2010
Pierwsze wolne wybory w Polsce. Prezesa PZPN-u oczywiście, bo inne podobno już były, ale kto by tam zwracał na to uwagę. Wreszcie na „gorącym fotelu” zasiądzie człowiek spoza układów, młody, prężnie działający „menago”, którego wyboru dokona ogół społeczeństwa. Proszę państwa, nadeszła wiekopomna chwila! To etap finalny restrukturyzacji związku. Przełom, jaki dokonuje się na naszych oczach stanowi kamień milowy w historii polskiej piłki. Odtąd będzie już tylko normalnie. Transparentność działań związku zaneguje jakąkolwiek potrzebę politycznej aktywności Julii Pitery. Pryncypia, na jakich zasadza się nowy status PZPN-u, staną się archetypem reguł obowiązujących we wszystkich futbolowych federacjach na świecie. Nowoczesny model funkcjonowania i zarządzania związkiem, paralelny z dopływem „świeżej krwi”, przełoży się na szeroki wachlarz sukcesów. Przed nami świetlana przyszłość!
Październik 2010
Polska reprezentacja awansowała na drugie miejsce w światowym rankingu. Gdyby nie ta nieszczęsna Brazylia… Jesteśmy jednak na fali wznoszącej i tylko czekać, gdy wygodnie usadowimy się w fotelu lidera. Polskie kluby świetnie radzą sobie w europejskich rozgrywkach. Są przesłanki, by wierzyć w powtórkę optymistycznego scenariusza z ubiegłego sezonu. W rodzimej Ekstraklasie sytuacja jest nad wyraz interesująca. Osiem zespołów ma realne szanse dzierżyć palmę pierwszeństwa na półmetku rozgrywek. Stadiony tętnią życiem, transmisje spotkań polskiej ligi docierają do większości krajów globu. Jesteśmy drugą najsilniejszą ligą na świecie, ale tu również brakuje nam niewiele, by znaleźć się na czele peletonu. Piłkarze z różnych stron świata intensywnie uczą się języka polskiego, by móc zrealizować swoje pragnienia i zaistnieć w jakimkolwiek klubie naszej ligi. Na całym świecie ogromną popularnością cieszą się koszulki z nazwiskiem Jelenia, Lewandowskiego, Brożka, Małeckiego, Sadloka, czy Glika. Na wyprzedażach można nabyć zbędne i nikomu niepotrzebne trykoty Beckhama, Ronaldo, Rooneya, Torresa, które zalegają w sklepowych magazynach. Świat ma nowych bohaterów. Lewandowski podpisał kontrakt z Gilette i Pepsi, stając się ich główną twarzą reklamową. Polskie zespoły odbywają tournee po różnych kontynentach, gdzie witają ich tłumy fanów. Rozhisteryzowane Chinki mdleją na widok polskich piłkarzy. Marzeniem jest dostać od któregokolwiek z nich autograf, nie wspominając o wspólnej fotce. Sportowo i medialne jesteśmy w piłkarskiej superlidze.
Listopad 2010
Na piłkarskich salonach trwa cisza przed burzą. Już wkrótce zostaną rozdane prestiżowe nagrody dla najlepszych piłkarzy globu. Przedwyborcza gorączka udziela się Polakom. Jest kilku rodzimych faworytów w kolejce po prestiżowe trofea. Najbliżej jest Robert Lewandowski, lider klasyfikacji snajperów La Liga, ubiegłoroczny król strzelców tych rozgrywek. Tuż za nim plasuje się Paweł Brożek, ostoja triumfatora elitarnych rozgrywek Ligi Mistrzów – Wisły Kraków. Teoretyczne szanse na wygranie plebiscytów ma ponad dziesięciu piłkarzy znad Wisły. Światowa piłka Polakami stoi.
Tymczasem trwa polityczna rozgrywka pretendentów do fotela prezydenckiego. Grzegorz Lato w przedwyborczych sondażach może liczyć na 0,1 % poparcia. Ale były prezes PZPN-u z niezmąconym spokojem podważa wiarygodność jakichkolwiek rankingów, uparcie obstając przy swojej wygranej. Czy pokolenie roku 74 pamięta o zasługach wybitnego męża stanu? Czy pogodzi on ubiegającego się o reelekcję Lecha Kaczyńskiego i pretendenta do tytułu, premiera Donalda Tuska? Polityczna batalia trwa…
Grudzień 2010
Nieoczekiwany finał polityczno-piłkarskich wyborów! Najlepszym piłkarzem świata wybrano Leo Messiego. Polscy piłkarze nie zostali sklasyfikowani. W wyborach prezydenckich zwaśnionych kandydatów pogodził Michał Listkiewicz. Kasandryczna wizja 2010 roku? Nie, bardzo urealniona. Nawiązując do słów Martina Luthera Kinga – zwyczajnie miałem piękny sen.
Miałem sen, iż pewnego dnia zmurszała skorupa PZPN-u się rozpadnie, a na jej zgliszczach powstanie związek funkcjonujący na explicite wyrażonych pryncypiach, z dala od obskurantyzmu, tałatajstwa, republiki kolesi, gdzie polska piłka nie będzie trawiona chorobliwym przyspawaniem do stołka i kompradorskim lizusostwem łże-działaczy.
Miałem sen, iż pewnego dnia nasza reprezentacja wybije się na niepodległość i nawiąże do dni wielkiej chwały oręża polskiego, gdy z taką łatwością w pokonanym polu zostawiała herosów z Brazylii czy Francji., a piłkarze tworzący jej element składowy bili się o miano najlepszych w światowych rozgrywkach.
Miałem sen, iż pewnego dnia polskie kluby otworzą na oścież bramy Ligi Mistrzów i dostojnie usadowią się na salonach tych elitarnych rozgrywek, na trwałe zapisując się w historii pucharów oraz ją współtworząc.
Miałem sen, iż pewnego dnia polska Ekstraklasa opuści port beznadziejności i wypłynie na szerokie wody światowego piłkarstwa, gdzie motywem przewodnim będzie równanie do najlepszych.
Jakkolwiek piękny by się wydawał, to był tylko sen.
Autor: Waldemar Baranowski
Źródło: Sport24.pl
Wyświetleń: 1122










Blipnij








