Sursum corda!

Felieton
SPORT24.PL
Od wzniosłości do śmieszności tylko jeden krok - przebąkiwał poniekąd Napoleon w czasie odwrotu spod Moskwy w 1812 roku. Zręcznie ukute hasło idealnie wpisuje się w krajobraz piłkarskiej mapy Polski i egzemplifikuje dekompozycję kompozycji bez kompozycji.
Nad czym dumał Franciszek Smuda w czasie powrotu z Tajlandii w roku 2010? Jeżeli faktycznie wierzyć w słowa trenera wypowiadane w wywiadach prasowych, to ja zaczynam się obawiać, że poniekąd wątpię. Nie, nie wątpię w trenera. W trenera polskiej reprezentacji piłkarskiej wierzę bezgranicznie. Wątpię w Franciszka Smudę. Tajlandia to niewątpliwie urodziwa kraina z licznymi atrakcjami dla turystów i świetne miejsce na …No, mniejsza o to. Kto był, ten wie. W każdym razie w tych kategoriach należało potraktować wyjazd naszej „husarii”- turystyczno-wypoczynkowych. Ot, przedłużenie ferii zimowych i nagroda za dobre sprawowanie co poniektórych ligowych grajków. A że przy okazji zostały załatwione partykularne interesy bonzów futbolu, należy się tylko radować, iż Polak potrafi. Potrafi wcisnąć kit i zorganizować nikomu niepotrzebną ludyczną imprezę.
Do tego wysłać tam polskich piłkarzy. I nazwać to oficjalnymi spotkaniami reprezentacji Polski! Tak, firma SportFive ma niewątpliwie zmysł organizacyjny. Franciszek Smuda został wsadzony na tego konia i trzeba było powozić. To fakt niezaprzeczalny. Tak więc „Kaiser”, by nie przypięto mu łatki mizantropa, zabrał na wierzch szkapiny swoją połowicę. I pociągnął wóz z zastępem naszych kadrowiczów. Pewną konfuzję, która nie licuje z plażowym klimatem owej peregrynacji, wprowadzają słowa naszego trenera. Ze śmiertelną powagą, godną niedawnego wystąpienia premiera, obwieścił nam, nieoświeconym masom, o doniosłym znaczeniu owej wyprawy dla etapu selekcji, w kontekście czekających nas mistrzostw Europy 2012. Usiadłem w fotelu i mocno powątpiłem w jasność mojego umysłu. Albo ja jestem taki ograniczony, albo z Franza taka intelektualna bomba.
Naprędce starałem się uporządkować fakty. Mamy styczeń. Zima, mróz, liga pogrążona w głębokim śnie, piłkarze hulają na urlopach, a Smuda peroruje tu o jakiejś selekcji? Że niby kogo skąd tak naprawdę? Oderwanych od wigilijnego stołu i zmęczonych po sylwestrowych szaleństwach piłkarzy? Pawełek, Przyrowski, Mierzejewski, Iwański, Bandrowski to gracze, na których ma opierać się nasza reprezentacja? Dochodzi także pytanie o odpowiedni dobór losowy próby. Kto miałby stanowić potencjalną siłę weryfikacji umiejętności kadrowiczów? „Hunowie” z Singapuru i Tajlandii? Niewątpliwie na tle tak „wymagających” rywali, można ponad wszelką wątpliwość ocenić przydatność poszczególnych graczy. „Ligowa” reprezentacja Danii, najmocniejszy przeciwnik z najmniej mocnych, wskazała nam miejsce w szeregu. Ale co tam! Jak zabawa, to zabawa!
O poważnych sprawach mówmy jednak poważnie, te mniej poważne nazywajmy po imieniu. Skoro trzeba było respektować wcześniej zaciągnięte zobowiązania, jakkolwiek bzdurne, to pojechaliśmy na wycieczkę do Tajlandii. Pojechaliśmy, zobaczyliśmy i wróciliśmy. Co warte podkreślenia, z wycieczki, a nie ze zgrupowania. Prawdziwą selekcję czas zacząć. Kończy się okres beztroski i deboszowania. Czekamy na krew, pot i łzy. Łzy radości, panie trenerze. Sursum corda!
Autor: Waldemar Baranowski
Źródło: Sport24.pl
Wyświetleń: 925










Blipnij








