„Franek” łowca bramek

Felieton
SPORT24.PL
Filigranowy, niepozorny, dysponujący wspaniałą techniką. Od zawsze miał „nosa” do bramek. W polskiej ekstraklasie strzelił ich już 130, co daje dziesiątą pozycję na liście wszechczasów.
Tomasz Frankowski urodził się w Białymstoku. Od małego występował w Jagiellonii – trenerzy młodzików wypatrzyli 10 – letniego Tomka na jednym ze szkolnych turniejów. Szybko trafił pod skrzydła Ryszarda Karalusa – twórcy drużyny mistrzów Polski juniorów z 1992 roku. Wyróżniał się w każdym meczu, miał „złote dotknięcie”. Potrafił we właściwym momencie, podjąć odpowiednią decyzję. Przez sześć lat nie opuścił żadnego treningu. Wiedział czego chce, z wielką konsekwencją dążył do profesjonalnej kariery. Dbał również o wykształcenie – uczył się w technikum budowlano – geodezyjnym, na specjalności budowa dróg i mostów.
Frankowski zadebiutował w lidze mając siedemnaście lat. Wkrótce potem wyjechał z młodzieżówką na mecz do Szwajcarii. Momentalnie wpadł tam w oko działaczom RC Strasbourg. Wszystko odbyło się błyskawicznie. Tomasz postanowił spróbować swoich sił zagranicą mimo, iż wiązało się to z rozłąką z rodziną i dziewczyną Edytą. Wyjazd do Francji był dla niego ogromną próbą charakteru – w bardzo młodym wieku musiał radzić sobie samemu.
W RC Strasbourg spędził trzy sezony. W 1996 roku przeprowadził się do Japonii, gdzie ściągnął go słynny Arsene Wenger. Po pięcioletniej przygodzie z zagraniczną piłką, w 1998 roku „Franek” zdecydował powrócić do Polski. Po latach przyznał, że zrobił to w dużej mierze dla Edyty, z która rok później wziął ślub.
Tomka chciał w Wiśle Franciszek Smuda. Od tego czasu „Franz” stał się jednym z najgorętszych orędowników jego talentu. Lata gry zagranicą sprawiły, że w Polsce mało kto go kojarzył. Z czasem „Franek” stał się ikoną ligi. Trzykrotnie zdobył koronę króla strzelców, dorzucił jeszcze 21 goli w europejskich pucharach. Presja, jaką wywarły media na Pawle Janasie sprawiła, że napastnik Wisły stał się jednym z najważniejszych piłkarzy w eliminacjach mundialu w 2006 roku. Janas powołał Tomka na dwumecz z Austrią i Walią. Do przerwy na stadionie Ernesta Happela był remis 1:1. Frankowski pojawił się na boisku w 67. minucie i miał udział przy dwóch bramkach dla Polski. Najpierw po faulu na nim z rzutu wolnego trafił Jacek Krzynówek. Już w doliczonym czasie gry „Franek” postawił stempel – znakomicie wykończył akcję Kosowskiego. Historia powtórzyła się kilka dni później w Cardiff – znów wspaniała bramka. Frankowski żartował, że golami strzelonymi Austrii i Walii uratował posady Listkiewicza i Janasa.
Sierpień 2005 roku i dwumecz z Panathinaikosem Ateny w eliminacjach Ligi Mistrzów, miał przełomowe znaczenie dla kariery Frankowskiego. Wiśle po dramatycznych bataliach, nie udało się awansować, a „Franek” stracił motywację do gry w ekstraklasie. Zdecydował się na transfer do Elche.
W Hiszpanii spędził jednak tylko pół roku, podczas którego strzelił osiem bramek. Kolejnym przystankiem Wolverhampton Wanderers. Na Wyspach kariera „Franka” się posypała – osiemnaście spotkań bez strzelonego gola, narastająca frustracja, brak powołania na Weltmeisterschaft 2006. Ratunkiem miało być wypożyczenie do CD Tenerife, ale również tam nie zaistniał. Wrócił na Wyspy i zdecydował się rozwiązać kontrakt z „Wilkami”.
Po ponad półrocznej przerwie od futbolu, pojawiła się oferta z Chicago Fire. Frankowski miał być magnesem, który przyciągnie na trybuny kibiców z miejscowej Polonii. Przygoda z MLS zaczęła się wyśmienicie – od dwóch bramek strzelonych New England Revolution. Jak się później okazało, przez konflikt z trenerem Denisem Hamlettem, były to jedyne gole w ciągu roku. Siłowa MLS to nie było odpowiednie miejsce dla niepozornego napastnika. Frankowski ponownie rozwiązał kontrakt i powrócił do Polski.
Mówiło się o kolejnej przygodzie z Wisłą Kraków. I nie były to tylko fakty medialne – „Franek” często pojawiał się na treningach Białej Gwiazdy. Porozumiał się z Maciejem Skorżą. Formalnie kontrakt miał dopiąć dyrektor sportowy Wisły – Jacek Bednarz. Jednak podczas kilkakrotnych wizyt, Frankowski za każdym razem zastawał zamknięte drzwi jego gabinetu.
Nie miał zamiaru bez końca czekać na ruch Wisły i w końcu wybrał Białystok. W Jagiellonii stał się postacią fundamentalną. Złapał dobry kontakt z zaledwie dwa lata starszym Michałem Probierzem, potrafił utemperować Kamila Grosickiego. Wiosną 2009 roku strzelił już sześć goli. Dobrą dyspozycją strzelecką imponuje również w tym sezonie – jesienią strzelił osiem bramek.
Tomek angażuje się także poza boiskiem. Wspólnie z Mirosławem Szymkowiakiem i Markiem Koniecznym, stworzyli Akademię Piłkarską imienia Henryka Reymana. Pomysł jest rozwojowy – pomoc w przedsięwzięciu zadeklarowali już Kazimierz Moskal, Marcin Baszczyński, czy Radosław Sobolewski.
Frankowski deklaruje, że nie jest to jego ostatni sezon. Zadeklarował, że nie skończy kariery, dopóki nie będzie miał na koncie 150 bramek w ekstraklasie.
Trzymamy za słowo „Franek”!
Autor: Bartek Fabiański
Źródło: Sport24.pl
Wyświetleń: 1304










Blipnij








